Słowo o „Pierwszym słowie” Marty Kisiel

Recenzje 0 comments

Wielu pisarzy boi się opowiadań. Opowiadania rzadko kiedy zadowalają czytelników, nie lubią ich także wydawcy. To wielkie wyzwanie, prawdziwa próba pisarskiej wyobraźni. Paradoks? W żadnym razie. O wiele łatwiej zaplanować rozbudowaną fabułę niż krótką historię, która zaledwie na kilkunastu, kilkudziesięciu stronach ma przykuć czytelnika, zachwycić, wzbudzić emocje. Tak, długi dystans to łatwizna w porównaniu ze sprintem.

Mata Kisiel wzięła byka za rogi. Od dawna pisze opowiadania i ciągle szuka. Czego? Formy, opowieści, motywów, postaci. Gdybym miała określić, co łączy zbiór opowiadań „Pierwsze słowo”, to będzie to oczywiście romantyzm. Ałtorka bezustannie romansuje z duchem epoki, a może nawet więcej – manifestuje swoją wielką miłość. Nawet nie przemyca, ale wprowadza wątki z naszego polskiego romantyzmu (chociażby mickiewiczowskich „Dziadów”.) Uwielbia romantyczne odniesienia do świata ducha, baśniowości, upiorów, strzyg – wszystkiego, co pozagrobowe. Odwołuje się do romantycznych wierzeń i tradycji, dowodząc, że literatura może wracać, może stać się fundamentem czegoś naprawdę świeżego.

Opowiadania Kisiel są różne. Tak różne, że nie każdemu się to spodoba, ale cóż – to przekrój twórczości, próby literackie, złapane myśli, a nie spójna historia, podzielona na opowiadania (jak u Sapkowskiego). Ci, którzy kochają próbki literackie, opowiastki, a czasem fragmenty czegoś, co mogłoby przerodzić się w coś o wiele większego, zakochają się w opowiadaniach Kisiel. Ci, którzy wolą historie z początkiem i końcem, którzy lubią rozsmakowywać się w fabule, zapewne będą woleli poczekać na kolejną książkę Ałtorki.

Ja sama opowiadań nie lubię, bo rzadko kiedy pisarzowi zdarza się wybrać właściwy motyw, temat lub osobowość, która sprawia, że opowiadanie czyta się przyjemnie. Jednak Marta Kisiel świetnie się odnajduje w krótkiej formie. Pokazuje, że jest mocna nie tylko w zabawie słowem, ale potrafi również tworzyć wyrazistą, gorzką prozę współczesną. Myślę, że bez względu na to, co napisałaby Kisiel (gatunkowo), to byłoby po prostu cholernie dobre.

Czy coś się może nie podobać? Jasne. Czasem zbytnia oniryczność i uciekanie w senne majaki mogą znużyć, ale… taki urok opowiadania, że można je przerwać i iść do następnego.

„Pierwsze słowo” to uczta literacka. Majstersztyk, choć przyznam, że dla bardziej wymagającego i światłego czytelnika.

Opis wydawcy:

Pewnej nocy do jednej zamkowej celi trafia trzech morderców carów, a każdy z nich słuszny i jedyny. Wallenrod, Winkelried i Wawrzyniec, namaszczony może nie pośród królewskiego truchła w kościelnych podziemiach, ale przecież też w podziemiach… gorzelni. Stanisław Kozik nieoczekiwanie dla siebie znajduje się w odmiennym stanie żywotności. Sokółek zamienia się w słup soli w pewnym rozkosznie fikuśnym przedsiębiorstwie. A Oda Kręciszewska w dniu pogrzebu w lustrze dostrzega wąsik swojej matki, co prowadzi ją do podjęcia pewnych niezbyt przemyślanych, ale całkiem udanych życiowych decyzji.
W tomie opowiadań nie brakuje też postaci już czytelnikom znanych, jak choćby pewnego pisarza o wyglądzie zmiętego muszkietera i jego prywatnego anioła. W bamboszkach. Czasem dowcipnie, innym razem mrocznie, zawsze klimatycznie i z wielką klasą. Czy to zamtuz, czy biuro komisji przyznającej Certyfikat Międzynarodowej Jakości Fantastycznej, czy carski zamek, a może tonące we mgle zaułki miasta – Marta Kisiel udowadnia, że jej wyobraźnia (podobnie jak poczucie humoru) nie ma żadnych granic.