„Oszukana” Magdy Stachuli

„Oszukana” Magdy Stachuli dostała tak entuzjastyczne recenzje, że nie mogłam po nią nie sięgnąć. Jej debiutancka powieść [recenzja] była świetna pod każdym względem – dlatego spodziewałam się czegoś jeszcze lepszego.

Skończyłam kilka dni temu i mam wrażenie, że coś poszło nie tak. Całość opowieści skupia się na zagadce i wielkiej tajemnicy. Czytelnik co chwilę otrzymuje informację, że coś jest pilnie strzeżone, zakazane, prawda nie może wyjść na raz, a straszni ludzie zrobili coś okropnego. W ten sposób otrzymałam 101% thrillera w thrillerze. Ciut za dużo.

Historia wymyślona przez Stachulę ma ogromny potencjał. Powiedziałabym nawet, że potężny, tymczasem autorka działa „wąsko”, skupiając nas na dosyć męczącej (topornej) narracji pierwszoosobowej, prowadzonej przez trzy osoby. I w tym problem, bo brakuje mi tu wszechwiedzącego narratora, który może zajrzeć w różne miejsca i który nie jest emocjonalny, przerażony, ale obiektywny.

 

 

Całość czyta się lekko i szybko (choć, jak wspominałam, narracja jest dla mnie toporna), ale w pewnym momencie całość staje się zbyt oczywista, bo pozbawiona wątków pobocznych i głębi.

Nie wiem, czy dobrze rozumiem, ale zakończenie sugeruje, że powstanie kolejna część. Teoretycznie to oznacza, że wątki się rozwiną, ale to chyba nie tak działa – każda część powinna być pełna i wyczerpująca.

Magda Stachula ma dobre pomysły, a jej piąta książka to świetna lektura na letni wieczór. Wiem jednak, że w porównaniu z jej debiutem, to dla mnie za mało.