Marta Kisiel, „Toń”

Recenzje 0 comments

Jeśli się nie wie, od czego zacząć, to może najlepiej od razu coś wyjaśnić: w tym tekście nie będę pisała o „Toni” Marty Kisiel, jako o powieści fantasy, bo dla mnie sam wątek podróży w czasie jest nie tyle mało istotny, co raczej… wykorzystany jako narzędzie. To ciekawy motyw, który skleja całość i nadaje jeszcze głębszy sens.

„Toń” to ważny i emocjonalny obraz rodziny, która nosi ze sobą cały bagaż krzywd, piętna, przykrej spuścizny. Trudno o niej zapomnieć i nie można wybaczyć. Myślę, że to zwierciadło miażdżącej części społeczeństwa, które dźwiga na swoich barkach błędy rodziców, opiekunów, bliskich. Marta Kisiel nie przedstawia traumy czy ogólnie pojętej patologii, ale rzuca światło na dojrzewanie i wchodzenie w dorosłość. Jak poradziły sobie dwie młode dziewczyny, które wychowane przez swoją ciotkę, nie miały łatwego dzieciństwa?

Żyły pod kloszem, gdzie każda minuta była im podyktowana, a każde odstępstwo od normy kosztowało awanturę. W efekcie, powstał mur żalu, nieporozumień i dużego napięcia, które w końcu znajdzie swoje ujście.

Brzmi dosyć ciężko i mrocznie, ale… tak odbieram postać dwóch sióstr – Dżusi i Eleonory. Dżusi to typowa uciekinierka, która wybywa z rodzinnego domu tylko po to, by nigdy nie pozbyć się go ze swojego życia. Eleonora to ta, która zostaje, taplając się w swoich problemach i nie potrafiąc do końca stanąć samodzielnie na nogi. W pewnym sensie dar podróżowania w czasie, którym obdarzono tę rodzinę, jest dla mnie metaforą udręki przekazywanej z pokolenia na pokolenie. Owa udręka będzie trwała do momentu, w którym ktoś powie w końcu STOP i nie zacznie działać, najczęściej lądując na kozetce u terapeuty.

„Toń” to również powieść o zrozumieniu. Łatwo oskarżać starsze pokolenie o krzywdy, jeśli nie zna się ich historii, ich krzyża. Z drugiej strony, kto kogo może usprawiedliwiać, skoro każdy powinien dbać o siebie? Dlaczego młodsi mają wybaczać starszym, skoro i dla nich jest już prawie za późno, by posklejać własną psychikę, a czasem serce?

Na końcu „Toń” to historia o konsekwencjach i przebaczeniu. Może inaczej: konsekwencje są teraz, a na przebaczenie przyjdzie czas. I choć Dżusi nienawidzi swojej ciotki, a Eleonora przyznaje, że jej nie kocha, istnieje pomiędzy nimi silna więź, która sprawia, że nie mogą bez siebie żyć. Brzmi znajomo, prawda?

Najtragiczniejsza rola przypadła Eleonorze – młodej, otwierającej się na świat kobiecie, która w pewnym sensie skazana jest na niepowodzenie. Nie dla niej smakowanie szczenięcej miłości, układanie sobie życia i planowanie rodziny. Los zsyła na nią dar, który jest jarzmem i piętnem. Eleonora nieźle sobie z nim radzi, ale i tak jej życie wydaje się mało radosne.

Marta Kisiel zapowiedziała poważną książkę i w moim odczuciu, jako osoby, która wie, jak to jest rozprawiać się z rodzinnymi upiorami, tak właśnie jest. Lekkość jej pióra sprawia, że łatwo „przeoczyć” ból bohaterek – fizyczny i psychiczny.

Wielkie brawa należą się nie tylko za to, ale również za fascynujący obraz Wrocławia, niezwykłe wykorzystanie historii (chciałabym zobaczyć ekranizację!), odkopanie dawnych legend i opowieści, które sprawiają, że „Toń” staje się również powieścią przygodową. To prawdziwa perełka pod tym względem.

Gorąco podkreślam, że Marta Kisiel nie pierwszy raz porusza u siebie tematy ważne. W „Sile niższej” można się spotkać z obrazem żałoby i macierzyństwa, śmierci, porzucenia, samotności… I tak mogłabym wymieniać.

Z przyjemnością patrzę, jak Ałtorka kwitnie, jak rodzi coraz śmielsze i ciekawsze propozycje. Czekam na więcej!